RECENZJA: eŁ. "Rzeźby EP"

W ostatnich dniach miała miejsce premiera pierwszej solówki nijakiego Księcia Kapoty, jakiś czas wcześniej Wojtek Sokół rozbił bank goniąc piętnaście koła preorderów bez opublikowania nawet połowy utworu, tracklisty czy chociażby tytułu albumu. W tak zwanym między czasie kolejne nierozgarnięte dzieci YouTube'a chwyciły za mikrofon skutecznie udowadniając sobie i ziomom, że psu w dupę taka robota. Na scenie coraz częściej wrze jak w garnku grzanym na dużym ogniu. Tymczasem gdzieś w cieniu mainstreamowego zgiełku podziemie dzierga metaforyczne t-shirty na drutach z nadzieją, że w przyszłym sezonie dziatwa z bloków będzie odziana w tą bawełnę. W praktyce rozstrzał jakościowy undergroundu jest i zawsze był olbrzymi, a recenzowanie tych płyt to nierzadko droga przez ciernie, które później tygodniami wyciągam z małżowin. Kilka tygodni temu dostałem EP-kę do recenzji i tym razem było inaczej, zdecydowanie inaczej...